„Jak wychować szczęśliwe dzieci” – W. Eichelberger.

jak-wychowac-szczesliwe-dzieciZdaniem Eichelbergera żeby wychować szczęśliwe dzieci, samemu trzeba być szczęśliwym.

Sposób wychowywania dzieci jest mocno związany z historią naszej rodziny, ponieważ jest przekazywany przez lata, z pokolenia na pokolenie. To, jak sami wychowujemy nasze dzieci, zależy w dużej mierze od tego jak nas wychowywano i w jaki sposób przetrwało to w naszym doświadczeniu.

Jako rodzice proponujemy dzieciom- najczęściej nieświadomie- pewien sposób widzenia świata i siebie w tym świecie. I to się przenosi na następne pokolenia albo wprost albo przez zaprzeczenie. Wielu z nas podejmuje w głębi serca decyzję, że nigdy nie będzie popełniać błędów ojca czy matki. Tyle, że łatwiej to powiedzieć niż zrobić. Można na powierzchownym poziomie osiągać pewne rezultaty. Nie da się jednak na mocy samej decyzji przekroczyć naprawdę swojego dziedzictwa. To się udaje przez doświadczenie innego sposobu istnienia.

Często tak się dzieje, że dziecko nie dostaje w rodzinie dokładnie tego, czego nie dostali jego rodzice: szacunku, miłości, troski, zgody na siebie, zaufania, prawdy. Będąc rodzicami nieświadomie przenosimy własne doświadczenia do relacji ze swoim dzieckiem i nie mamy szansy dać mu tego, czego sami nie dostaliśmy. Chyba że zaczniemy nad sobą pracować.

 Rodzic, który żyje w lęku, bo jego rodzice się bali o niego i nauczyli go, że świat jest groźnym i strasznym miejscem, że życie polega na tym, aby unikać życia – jest tak zarażony lękiem, że nieświadomie zaraża nim swoje dziecko. To co możemy zrobić to pozbyć się dziedzictwa lęku – zająć się sobą po to, aby nie zarażać swoich dzieci.

Ważne jest, by poszerzać pole własnej świadomości, uświadamiać to co nieświadome, by naszym życiem przestały kierować niezrozumiałe siły. Ważne jest, by odkryć swoje wewnętrzne dziecko – przypomnieć sobie i włączyć w obręb naszego dorosłego doświadczenia to, co przydarzyło nam się w dzieciństwie, a o czym próbowaliśmy często zapomnieć.

Jeśli chcemy pomóc naszym dzieciom, pomóżmy sobie, bo w przeciwnym razie życie dzieci stanie się terenem zastępczej rozgrywki, zastępczym polem bitwy z naszym własnym lękiem, nie rozwiązanymi problemami, z tym wszystkim co jest w nas nieświadome, wyparte. W konsekwencji będziemy traktować nasze dzieci tak samo jak nas traktowano, nawet jeśli nie takie będą nasze intencje. Nie będziemy umieli zobaczyć w dziecku tego wszystkiego, czego i w nas kiedyś nie zauważono.

Każde wewnętrzne ograniczenie, które uda nam się w sobie przekroczyć, jest prezentem dla naszego dziecka, darem serca. Jeśli robimy coś dla własnego wewnętrznego dziecka, to równocześnie robimy to dla dziecka, któremu daliśmy życie.

Wewnętrzne dziecko to metafora. To jest to wszystko w nas, co wiąże się z naturalną popędliwością człowieka, spontanicznym wyrażaniem uczuć, potrzeb. To umiejętność przeżywania wszystkiego- radości, smutku czy lęku w sposób spontaniczny, głęboki, naturalny. To jest to w nas co łączy się z seksualnością, zmysłowością ale i z umiejętnością stanowienia o sobie, stawiania granic, mówienia „tak” i „nie”. Wewnętrzne dziecko jest tym, co wiąże się z bezpośredniością i świeżością doświadczania. Z intuicją i intuicyjnym systemem wartości, który preferuje bycie tu i teraz, a nie kiedyś, potem, przedtem. Wewnętrzne dziecko wie, że najważniejsza na świecie jest miłość, wolność i prawda.

Ważne jest by z całą troską, czułością zająć się naszym wewnętrznym dzieckiem, dać mu to, czego nie miało okazji dostać od otoczenia, kiedy było dzieckiem. Wysłuchać go, poświęcić mu trochę czasu, zauważyć je.

Pierwszym ruchem wobec swojego wewnętrznego dziecka może być np. zdanie sobie sprawy z ograniczeń związanych z wyrażaniem uczuć. Zadać sobie pytania:

Czy ja potrafię się śmiać, krzyczeć, szaleć z radości?

Czy potrafię płakać, tak jak płaczą dzieci – bez zahamowań, połykania płaczu?

Czy potrafię wyrażać miłość i ciepłe uczucia tak jak to robią dzieci?

Czy potrafię tak jak dzieci ufnie oddać się jakiejś sytuacji albo ufnie przytulić się do kogoś.?

Czy ja umiem się o siebie troszczyć i jak ja się o siebie troszczę?

Czy potrafię tak organizować sobie życie, żebym mógł spać, odpoczywać kiedy jestem zmęczony?

Czy mam czas żeby pobyć na świeżym powietrzu, pobiegać, pograć w coś, porobić głupstwa?

Czy mam czas, żeby pobyć z ludźmi, którzy mnie kochają?

Czy potrafię zadbać o swoje pożywienie i o to, aby się nie truć – np. nikotyną czy alkoholem?

Jeśli na któreś z pytań odpowiemy: nie potrafię, bo tego mi nie wolno, bo się boję, bo to jest niewyobrażalne, niekulturalne czy jeszcze inne, bo tak się nie robi…to wszystko wskazuje na to, że jakiś ważny aspekt naszego wewnętrznego dziecka został mocno ograniczony.

Często jest potrzebne, aby wejść głęboko w siebie, w doświadczenia bolesne, trudne i bez oparcia w terapeucie czy grupie terapeutycznej mało kto potrafi się na to odważyć. Bólu po drodze może być dużo, lecz dopóki sobie nie przypomnimy tego bólu, nie będziemy świadomi jaki ból sprawiamy naszym dzieciom. Nasze dzieci pokazują nam, ile bólu im zadajemy, ale często nie jesteśmy w stanie albo nie chcemy tego zobaczyć. Po jakimś czasie dzieci stają się „grzeczne”, starają się sprostać sytuacji, w której my uparcie odmawiamy przyjmowania do wiadomości tego, co one czują. A ponieważ potrzebują nas do życia, muszą zanegować siebie i przyjąć w zamian całe nasze nieuświadomione dziedzictwo.

Dobrze jest zrobić tyle ile się da, wystarczy jeśli zostanie się wystarczająco dobrym rodzicem.

Nie potrafimy zmienić naszej przeszłości ani wymazać ran zdanych nam w dzieciństwie. Możemy jednak zmienić siebie, skorygować postawę wobec siebie i życia, możemy siebie naprawić, odzyskać naszą utraconą integralność. Nie jest to droga łatwa, ale stwarza możliwość opuszczenia w końcu niewidzialnego więzienia naszego dzieciństwa. W ten sposób z nieświadomej ofiary przekształcamy się w odpowiedzialnych ludzi, którzy znają swoją historię i potrafią z nią żyć. Wiele ludzi nie chce wiedzieć na temat własnej historii i dlatego nie zdają sobie sprawy że przeszłość nimi rządzi, że wciąż żyją w nierozwiązanej, wypartej sytuacji z dzieciństwa. Motorem ich działań są nieświadome lęki oraz wyparte uczucia i potrzeby, które tak długo dopóki pozostają nieuświadomione i niewyjaśnione decydują prawie o wszystkim, co ludzie robią lub czego unikają.

W terapii ważną rolę odgrywa zrozumienie przez klienta destrukcyjnych wzorców własnych rodziców. Aby móc się w pełni od tych wzorców uwolnić, poza intelektualnym wglądem potrzebujemy dostępu do naszych emocji. Doświadczenie emocji wyzwala nie tylko dlatego, że pozwala rozładować napięcie ciała trwające od czasów dzieciństwa, lecz głównie dlatego, że pozwala nam wyraźnie zobaczyć rzeczywistość, uwalnia od iluzji, przywraca wyparte wspomnienia, często rozpuszcza symptomy. Właśnie dlatego doświadczenie to wzmacnia i rozwija.

Celem terapii nie jest korygowanie losu pacjenta lecz umożliwienie mu spotkania się ze sobą jako dzieckiem, doświadczenia żalu nad swym losem, uświadomienia sobie nowych możliwości dorosłego. Nieświadome treści rządzą bez końca i niezmiennie – dopiero świadome nawiązanie kontaktu z ukrytymi dotąd emocjami może stać się zalążkiem radykalnej zmiany. W większości przypadków cierpienie doznane w dzieciństwie zostaje emocjonalnie odcięte, tworząc ukryte źródło nowych upokorzeń w następnym pokoleniu. Jeżeli wyparcie nie zostanie rozpuszczone, to tragedia dzieciństwa rodziców kontynuowana jest nieświadomie w relacji z własnymi dziećmi.